
Każdy z nas ma jakieś zdolności i predyspozycje, jednak wielu nie wie, że drzemie w nich konkretny talent lub w ogóle go nie rozwija. A pasja może pojawić się niespodziewanie – mówił Marcin Sudziński, fotograf z Lublina, który niedawno zaprezentował we Wrocławiu archaiczną metodę kolodionową, polegającą na naświetlaniu w aparacie fotograficznym szklanej płytki, pokrytej kolodionem i jodkiem srebra.
W fotografii fascynuje go głównie XIX wiek, który jest jak tygiel, w którym mieszają się pojęcia, kierunki i poszukiwania – od bardzo technicznych z zakresu chemii, optyki, do metafizycznych poszukiwań i alchemicznych dziwnych teorii, próbujących odpowiedzieć na pytanie, jak to jest, że, fotografując, przenosimy obraz na kliszę.
Na pokazie zorganizowanym w „Cafe Sztuczki” można było uczestniczyć w poszczególnych etapach powstawania fotografii. Najpierw było czyszczenie czarnych szklanych płytek, potem pokrywanie ich kolodionem, co wymaga wprawy, gdyż jest to substancja gęsta, która szybko zastyga. Następnie zanurza się je w azotanie srebra i przenosi w zamkniętej kasecie do XIX-wiecznego aparatu, po czym następuje minutowe naświetlanie jeszcze mokrej płyty i na końcu wywoływanie zdjęcia w ciemni.
Modelka musiała uzbroić się w cierpliwość, miała podpórkę trzymającą z tyłu głowę i nie mogła się w ogóle ruszać. Dawniej czas naświetlania trwał nawet 30 minut.
– Człowiek siedząc ma różne myśli, które malują mu się na twarzy i coś w tym jest, że fotograf wyciąga z człowieka kawałek duszy – mówi Joanna Kwaśna, która była fotografowana.
Patrząc na portrety wykonane archaiczną techniką dostrzegamy piękno, we wszystkich niedoskonałościach i oryginalności ludzkiej różnorodności. Nie trzeba już nic upiększać w Photoshopie.
– Fotografia to fascynujący świat chemii – opowiada Marcin Sudziński. Jedną z podstawowych substancji jest azotan srebra – odkryta już w XII wieku przez Alberta Wielkiego – chrześcijańskiego chemika, badacza przyrody, który odkrył światłoczułość srebra. Po wielu wiekach okazało się, że przydaje się w fotografii.
Maricin Sudziński opowiadał, że trzeba krok po kroku wypracować ruch ręki, aby rozprowadzić substancje na płytce, i że umiejętność przychodzi z czasem. Uczestnicy pokazu mieli wrażenie, że wszystko jest możliwe i każdy, jeśli tylko zechce, może wyszlifować w sobie talent.
– Takie wyjazdy, żywe spotkania z ludźmi są dla mnie bardziej istotne niż wystawy w galeriach – mówił fotograf. Na pokazie można było również zobaczyć film „Twarze nieistniejącego miasta”, w który wykorzystano odbitki ze znaleziska archeologicznego, czyli szklanych negatywów odkrytych w kamienicy przy rynku w Lublinie.
To niezwykłe spotkanie oraz wystawę Marcina Sudzińskiego „Wobec czasu, wobec fotografii”, zorganizowały trzy studentki wrocławskiej historii sztuki: Monika Puchalska, Ewelina Kachynska i Joanna Kwaśna. Zafascynowane twórczością fotografa postanowiły osobiście pojechać do Lublina na spotkanie z artystą, który był zaskoczony, że komuś w dzisiejszej dobie smartfonów i internetu chciało się jechać na rozmowę przez pół Polski.
– To nasza pierwsza zorganizowana wystawa – opowiadają dziewczyny. – Najciężej było znaleźć sponsora. Znalazłyśmy firmę tylko na wydruk plakatu. Odpowiedziała nam hurtownia materiałów ociepleniowych „Aris”, która ku naszemu zaskoczeniu wydrukowała nam plakaty w bardzo dobrej jakości. Okazali nam serce, bo raczej branżowo nie są związani ze sztuką.
Na wernisaż wystawy w galerii „Stolarnia”, na Szewskiej 35, dziewczyny upiekły maślane ciasteczka z marcepanem i lentilkami. W nietypowym, industrialnym, nieco zaśniedziałym miejscu udało się wyeksponować ducha niezwykłych fotografii . To wydarzenie miało smak XIX wieku, ale było też inspiracją, aby w życiu przyglądać się prostocie.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis