Rząd i waciki

Denerwuje się w windzie sąsiadka: „Oni życia nie znają, wszystko dostaną, i to za darmo, to co ich obchodzi drożyzna, inflacja”. Sąsiadka mówi oczywiście o rządzie, o władzy. Pokiwałem głową na zgodę, ale tylko dlatego pokiwałem, że wśród sąsiadów ma być zgoda, kłócić się o głupoty nie warto, a poza tym już dojechaliśmy do parteru i nie byłoby jak wyjaśnić sąsiadce, że racji nie ma.

Racji nie ma, albowiem władza, aby władać, aby podejmować trudne, ale dla ludu najlepsze decyzje, musi być wolna od trosk codziennych. I od pokus wszelakich. Taki na przykład minister, który decyduje o zakupie, bo ja wiem, respiratorów dla szpitali albo broni dla armii: czyż nie powinien być odporny na materialną zachętę ze strony producentów owych dóbr i wybrać ofertę najlepszego producenta, a nie tego, który zaproponuje mu najwyższą zachętę? Odpowiedź jest oczywista: musi zarabiać (w formie pensji, premii, bonusów i innych atrakcji) tyle, żeby już łapówek nie przyjmował.

Moja sąsiadka mogłaby powiedzieć, że ludziom nigdy dość i te przykładowe respiratory kupią od handlarza bronią, a broń od handlarza respiratorami. To prawda, ale starać się trzeba i trzeba godziwe życie zapewnić nie tylko owemu ministrowi czy partyjnemu dygnitarzowi, ale i jego rodzinie bliższej i dalszej. Żeby się nie martwił, że żona nie ma na waciki, syn jest bez porządnej roboty, a kuzyn nie spełnia się w biznesie.

Przywileje władzy, te interesy na boku i ten tępiony przez część obywateli oraz opozycję nepotyzm są – powiedzmy sobie jasno i uczciwie – w interesie państwa i narodu.

A wyobraźmy sobie, jak straszne konsekwencje niósłby brak egzystencjalnego bezpieczeństwa władzy przy podejmowaniu najważniejszych, strategicznych decyzji. Czy gdyby – to taki przykład – prezes obawiał się, że z bolącym kolanem będzie, jak moja sąsiadka, czekał trzy miesiące na wizytę u ortopedy, a później szesnaście miesięcy na miejsce w szpitalu – to byłby prezes w stanie obiektywnie rozważać alternatywę: 20 miliardów dla Amerykanów za czołgi abrams czy 20 miliardów dla NFZ? Jednak prezes wie, że do niego natychmiast przyjedzie ordynator ortopedii i na miejscu ustalą wygodny dla prezesa termin zabiegu, więc prezes może obiektywnie i dla dobra Polski wybrać czołgi.

Czy prezydent trapiąc się, gdzie i za co będzie szusował na nartach albo pływał w Bałtyku, mógłby być – jak to kiedyś szczerze oznajmił – twardym, nieustępliwym i gotowym podejmować najtrudniejsze decyzje dla dobra Polski? Na przykład zamiast z prezydentem Bidenem spotkać się z prezydentem Erdoganem i zamiast rozmowy z kanclerz Merkel rozmawiać z prezydentami Mołdawii i Czarnogóry?

„Rząd się wyżywi”, powiedział Jerzy Urban, kiedy Amerykanie nakładali sankcje gospodarcze na Polskę. To prawda! Żeby móc bronić suwerenności, godności, wstawać z kolan – każdy rząd, nawet najbardziej biednego kraju, musi być najedzony, zdrowy i zadowolony. Bo tylko takie rządy bez obaw mogą podejmować najtrudniejsze decyzje. Gdyby było inaczej, polski rząd nie rezygnowałby z unijnych pieniędzy, nie montowałby nacjonalistycznej międzynarodówki w celu przeobrażenia Unii w luźny związek narodowych państw. Na szczęście może! Bo rząd wie, że i bez tej unijnej forsy będzie miał rządowe kliniki, mercedesy, a rządowym żonom nie zabraknie na waciki.

Może wdrażać piękną wizję suwerennych narodowych państw, których rządy nie będą w decyzjach ograniczane jakimiś nadrzędnymi prawami „wyimaginowanej wspólnoty”. W takiej wizji Polska – mając już 200-tysięczną armię, abramsy i sojusz z francuskim mocarstwem Marine Le Pen – będzie wreszcie na równych prawach, suwerennie rozmawiała z nacjonalistycznymi Niemcami i putinowską Rosją. Jak w pięknych latach trzydziestych…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*