TU NIE AMERYKA

W Ameryce, gdyby rząd chciał ograniczyć wolność słowa, w proteście wyszłyby na ulice miliony. Taka różnica W Ameryce, gdyby rząd chciał ograniczyć wolność słowa, w proteście wyszłyby na ulice miliony. Taka różnica

Kiedy u nas trwała najgorętsza dyskusja na temat rządowej propozycji likwidacji kanału TVN24, kiedy polski minister sprawiedliwości (!) żądał, aby za niezgodne z polską konstytucją uznać zapisane w europejskiej konwencji prawo do niezależnego sądu, ja akurat czytałem wspomnienia Baracka Obamy – „Ziemia Obiecana”. Kiedy książkę skończyłem, akurat większość naszych posłów postanowiła zlikwidować stacje TVN24. Więc się mocno zadumałem.

Zadumałem nad tym, czy takie emocjonujące wydarzenia są za oceanem możliwe: kwestionowanie prawa do niezależnego sądu, likwidacja krytycznej wobec władzy stacji telewizyjnej, nieuznania ważności niekorzystnego dla władzy głosowania w amerykańskim Senacie i jego tzw. reasumpcja po przekonaniu kilku senatorów do zmiany poglądów, nocne uchwalanie ustaw podatkowych czy nagłe niezapowiedziane zmiany polityki zagranicznej.

Ta książka do takich rozważań się nadaje, jest bowiem „Ziemia Obiecana” znakomitym źródłem wiedzy o – jakże różnych od polskich – warunkach sprawowania władzy w największym światowym mocarstwie. I można wyraźnie pokazać te różnice. Bowiem oprócz ciekawostek rodzaju, że prezydent USA z własnej kieszeni płaci za meble w prywatnej części Białego Domu (jeśli chce mieć nowe), płaci za wyżywienie swoje i swojej rodziny i za prywatne przyjemności, na przykład gdyby miał tygodniami jeździć na nartach czy skuterach wodnych – na ponad 800 stronach (a to dopiero pierwsza część) jest polityka, polityka i jeszcze raz polityka.  

Polityka, jako – co wielokrotnie Obama podkreśla – osiąganie tego akurat, co możliwe, a nie tego, czego by się chciało; polityka, jako sztuka negocjacji i kompromisów, szlachetnych, zgniłych lub zdradzieckich – ale kompromisów. To pierwsza i zasadnicza różnica między polityką polską i amerykańską. W obecnej polskiej polityce kompromisów się nie uznaje.

Oczywiście każdy wie, że rządzi w Ameryce kapitał. Kiedyś, w XIX wieku, to byli konkretni goście, jakiś Henry Ford, Andrew Carnegie, John Rockefeller czy Thomas Mellon, dzisiaj są to potężne finansowe i przemysłowe korporacje i rządząca nimi może dwudziestotysięczna grupa menagerów z będącą na ich utrzymaniu grupą polityków (to elita władzy, którą opisał już pod koniec lat 50. w klasycznym dziele amerykański badacz Charles Mills). Wiadomo więc, że – w odróżnieniu od Polski – aby wygrać jakiekolwiek wybory w Ameryce, począwszy od okręgowych, stanowych, a na prezydenckich skończywszy, trzeba mieć sponsorów, a ci, którzy je dadzą kandydatowi, czegoś w zamian oczekują. To jasne.  

Różnica między Polską i Ameryką jest taka, że głosuje się na znanych z nazwiska i poglądów kandydatów, a w Polsce głosuje się na listy partyjne.

U nas na „biorących” miejscach list partyjnych może się znaleźć każdy, tam zaś kandydat musi mieć swoich wyborców, a później musi równocześnie dbać i o nich, i o sponsorów, czyli swoje obietnice spełniać. Zaś prezydent musi jeszcze wojować o parlamentarne wsparcie w obu izbach Kongresu. Czyli musi nieustannie negocjować, ustępować, walczyć, iść na kompromisy. Te nieustające zabiegi opisuje Obama i ta wizyta w politycznej kuchni jest wyjątkowo pouczająca, odzierająca ze złudzeń (dlatego chyba Talleyrand powiedział, że nie powinno się zaglądać do politycznej kuchni, tak, jak nie powinno oglądać robienia kiełbasy).

Nie ma w Ameryce czegoś takiego, jak w Polsce – że partia rzuca towarzysza z Ohio jako kandydata do Senatu w teksańskim okręgu. W okręgu teksańskim kandyduje Teksańczyk i – aby ponownie wygrać wybory – najpierw słucha Teksańczyków, nie partii. I raczej niemożliwe jest, aby kongresmeni – na polecenie partii – głosowali za czymś, co uważają za skandaliczne (zdaniem ich i znacznej części ich wyborców). W Polsce posłowie rządzącej partii mogą myśleć sobie, co chcą, i mogą nawet wiedzieć, co myślą ich wyborcy, ale głosować mają tak, jak chce partia. Bo partia daje miejsca na listach wyborczych. Swoją drogą, pewnie połowa głosujących za przyjęciem telewizyjnej ustawy  posłów wiedziała, że to szaleństwo – ale pan każe, sługa musi.

Owszem, senatorowie i członkowie Izby Reprezentantów są nominatami republikanów albo demokratów, lecz, w odróżnieniu od polskich parlamentarzystów, najsilniej związani są nie z partią, ale ze swoimi wyborcami (i sponsorami). Dlatego Obama przez pół książki opisuje, jak wojował nie tylko o zdobycie kilku przynajmniej głosów republikanów, ale też jak musiał do swoich projektów przekonywać demokratów, członków swojej partii! I dlaczego wszystkie – wszystkie! – jego projekty ustaw były drastycznie nieraz okrojone, zdeformowane, wykastrowane (w myśl zasady: lepiej coś, niż nic).

Wspomina Obama, w jaki sposób przedstawiały go i jego wszystkie propozycje republikańskie media, przede wszystkim stacja Fox News. Kiedy wprowadzał swój sztandarowy projekt objęcia ponad 20 milionów Amerykanów choćby minimalnym ubezpieczeniem zdrowotnym, republikanie ogłosili, że prezydent wprowadza socjalizm i likwiduje świętą wolność rynku, a Fox News miała go po prostu za komunistę, złodzieja i głosiła, że chce wprowadzać eutanazję. Kiedy wprowadzał program rządowych subwencji dla budownictwa, Fox News głosił, że likwiduje wolny rynek i zabierać chce porządnym ludziom domy. Jeśli chodzi o polityczną propagandę, Jacek Kurski i jego ekipa niczego nowego nie wymyślają (ale Fox News jest stacją prywatną, a nie stacją utrzymywaną z pieniędzy podatników).

Ale dla Amerykanów nie tylko dla amerykańskich elit! wolne media, niezależne sądy i system prawny są po prostu środowiskiem, w którym się uprawia politykę; ono jest, jakie jest i  w tym środowisku, przy wszystkich ograniczeniach, trzeba sobie radzić.

Więc na tych 800 stronach nie ma myśli, nawet śladu myśli, nawet cienia sugestii, aby działanie stacji Fox News ograniczyć, aby mieć – chytrym prawnym albo bezprawnym, jakimkolwiek sposobem – „jakiś wpływ” na treści prezentowane w tej telewizji (to słowa posła Suskiego uzasadniające zamach na TVN24). Bo takiej operacji nikt w Ameryce sobie nie wyobraża.  

Żadnemu też prezydentowi nawet w najbardziej mokrych snach się nie przyśniło się, że mógłby wymienić sobie skład Sądu Najwyższego na bardziej sobie uległy. Chociaż w USA ten sąd – jak u nas Trybunał Konstytucyjny – jest ostatecznym interpretatorem zapisów konstytucyjnych i swoimi orzeczeniami zmieniał prawną rzeczywistość, nie raz i dwa rozgrzewając do czerwoności amerykańską opinię publiczną (kiedy na przykład decydował w takich sprawach, jak kwestie rasowe czy aborcja). Emocje kipią, ale wszystko zostaje po staremu, bo ostatecznie przeważa pogląd: nigdy za dużo kontroli władzy. To amerykańska obsesja, zaszczepiona przez Ojców Założycieli: władzy trzeba patrzyć na ręce, bo władza zawsze ma skłonności do zagarniania więcej władzy i ograniczania wolności obywateli.

Tocząca się dzisiaj na śmierć i życie, nieprzebierająca w środkach wojna między demokratami i republikanami (naprawdę straszniejsza, niż wojna między PiS i PO) w istocie tego właśnie dotyczy – prawa rządu do ingerowania w życie gospodarcze i życie obywateli. Przy czym obie partie i ich wyborcy są zgodne, że rząd ma przestrzegać prawa i nie powinien do niczego się wtrącać, a różnią się wyłącznie w kwestiach subtelnych (na przykład czy prawa pracownicze i ubezpieczenia zdrowotne to już komunizm, czy jeszcze nie).

Drastyczny przykład, proszę bardzo. Obama objął prezydenturę w czasie pamiętnego kryzysu finansowego, wpompowano ponad bilion dolarów do systemu bankowego i okazało się, że prezesi uratowanych banków wypłacili sobie wielomilionowe premie. Lud żądał głów, lud nie rozumiał, dlaczego nie wsadza się tych chciwych prezesów do więzienia. I Barack Obama odpowiada: bo musiałby złamać prawo, a złamanie czy obejście prawa, jest niedopuszczalnym precedensem o nieprzewidywalnych dla państwa i społeczeństwa konsekwencjach. W Kongresie protestowałaby nie tylko republikańska opozycja, ale też większość demokratów byłaby przeciw swojemu prezydentowi.

Różnica między polską o amerykańską rzeczywistością jest tu zasadnicza. Przeciw kuglarstwu prawnemu wyszłyby na ulice natychmiast miliony Amerykanów, bez względu na polityczne preferencje. Wiedział o tym każdy z poprzedników Obamy i każdy następca, nawet Donald Tramp, który – gdy próbował nadwątlić sojusz z UE – napotykał sprzeciw w swoich wiernych szeregach republikańskich. Tymczasem w Polsce partyjnej jednomyślności zabrakło tylko raz – kiedy prezes Kaczyński chciał położyć kres bezsensownemu torturowaniu zwierząt. Nie wtedy, kiedy demontowano sądy i trybunały, likwidowano niezależną prasę lokalną, rujnowano edukację, wypowiadano wojnę niezależnej telewizji i Ameryce, ale kiedy zamierzano ograniczyć rytualny ubój i zlikwidować hodowlę zwierząt futerkowych. Nic dodać…

Wspomniałem, że podział amerykańskiego społeczeństwa jest większy, niż polskiego. Nasilił się po wyborze Obamy (czarny prezydent i do tego socjalista!), a eksplodował za prezydentury Trampa (ponoć 53 procent wyborców Trampa nie uznaje wyboru Bidena). Ale bodaj trzy czwarte szeroko pojętej administracji Baracka Obamy – urzędników wszystkich departamentów i urzędów centralnych oraz służb wszelakich, tajnych i jawnych – pracowało za poprzedników Obamy, sporo z nich pracowało też w administracji Donalda Trampa, niektórzy pewnie pracują do dzisiaj.

Dla amerykańskiej opinii publicznej jest bowiem oczywiste, że polityka polityką, ale krajem muszą rządzić fachowcy. Bo Ameryka ma być mocarstwem. Polska nie musi, i to jest też duża różnica.

Mocarstwa, jak wiadomo, nie mają wrogów i przyjaciół. Mają interesy. Ten brytyjski aksjomat polityczny (Polska doświadczyła jego skutków w Jałcie) naturalnie rządzi polityką USA. Barack Obama z żalem (wstydem?) pisze o tym, jak tolerował zbrodnicze wybryki różnych dyktatorów i udzielał im finansowego i militarnego wsparcia (głównie przy okazji omawiania problemów na Bliskim Wschodzie, relacji z Rosją i Chinami). Wspomina o historii: że USA uczestniczyły w zbrodniach (Indonezja, Wietnam, Chile, itd) ale „nie cieszyły się” (że zacytuję polskiego klasyka), tylko broniły amerykańskich interesów (to prezydent Eisenhower bodaj powiedział o południowoamerykańskich dyktatorach: to bandyci, ale nasi bandyci).

Jednocześnie jednak, już od prezydentury Wilsona (Traktat Wersalski, Liga Narodów) Ameryka – o czym wielokrotnie wspomina Obama – chce być wzorem demokracji, promować na całym świecie fundamentalne wartości: demokratyczne wybory, niezależne sądy, wolne media, prawa człowieka. Czyli: Ameryka będzie bronić owych fundamentalnych wartości, jeśli ta obrona nie narusza strategicznych interesów amerykańskich.

Nic więc dziwnego, że wieść o chęci przejęcia przez rząd polski stacji TVN – największej amerykańskiej inwestycji w Polsce – zrobiła za oceanem duże wrażenie. Tak duże, że stała się rzecz niesłychana: wspólne oświadczenie demokratycznych i republikańskich senatorów oraz przedstawicieli Izby Reprezentantów! Ci kongresmeni (a dołączył do nich Mark Pompeo, republikanin, sekretarz stanu Trampa!) nie boją się oczywiście, że polski rząd gotów jest, jak Fidel na Kubie, ukraść im ich biznesy. Skądże! Wiedzą doskonale, że za ten TVN Polacy zapłacą akcjonariuszom Discovery Communications każde pieniądze, jeszcze kupią mnóstwo czołgów i samolotów. Polskę na to stać (w końcu ratownicy medyczni i pielęgniarki mogą poczekać), ale czy stać na to Amerykę?

Ci kongresmeni i najwyższej rangi przedstawiciele amerykańskiej administracji boją się reakcji opinii publicznej, swoich wyborców, potężnego hałasu w stacjach telewizyjnych i prasie: że USA godzi się gdzieś na likwidację wolnych mediów i robienie krzywdy amerykańskiemu inwestorowi. A Polska to nie Turcja, nie Arabia Saudyjska czy Kuwejt i nie ma żadnego powodu, żeby nie bronić świętych amerykańskich wartości (i zysków).

Co będzie dalej? Niestety, w książce Baracka Obamy nie znalazłem żadnych wskazówek, bo jeszcze się nie zdarzyło, aby dotąd posłuszny i usłużny przyjaciel pokazał Ameryce fucka w sprawie amerykańskich świętych zasad (i pieniędzy). Może odpuszczą nam w zamian za te czołgi samoloty, a może zechcą wszystkim innym pokazać, że tak się Ameryki nie traktuje. Lecz nie ma obawy: tak czy tak, nasz rząd i partia się wyżywią…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*