WIĘCEJ WIARY…

Pisze do mnie pan Kazimierz, który w swojej spółdzielni nie ma naszej gazety, ale miewa ją w ręku, kiedy bywa u szwagrostwa na Kamiennej. Pisze, gdyż przeczytał u szwagra mój tekst „Czyje państwo” i absolutnie nie zgadza ze stwierdzaniem, że spór o rolę państwa jest sporem dzisiaj zasadniczym i argumenty obu stron – progresistów i konserwatystów – są ważne i prawdziwe.

„Pan Dębek powiada – denerwuje się pan Kazimierz – że równie prawdziwe są argumenty tych, którzy uważają, że bogactwo się uzyskuje talentem i pracowitością i tych, którzy twierdzą, że bogactwo się dziedziczy bez względu na talent i pracowitość. Trudno się z tym zgodzić. Nikt i nigdy własną pracą, bez względu na talent czy szczęście, nie dorobił się prawdziwego bogactwa. Fortuny powstawały zawsze z grabieży albo wyzysku, czyli pracy innych. Można nie lubić Marksa i negować „wartość dodaną”, ale trzeba oczywiste fakty przyjąć do wiadomości”.

Zapewniam pana Kazimierza, że oczywiste fakty przyjmuję do wiadomości. A że temat jest ważny i społecznie nośny, pozwalam sobie rozwinąć myśl pana Kazimierza, bez podpierania się Marksem i bez nachalnego wpływania w ideologiczne meandry. Oczywiście – jeśli ująć rzecz historycznie – bogactwo urodziło się z wyzysku. A wyzysk pojawił się, kiedy plemienne wspólnoty przekształcały się w ponadplemienne, protopaństwowe struktury i następował nieuchronnie podział ról społecznych, pojawiły się warstwy pracujących, wojowników i kapłanów. Niedawno, jakieś 7–9 tysięcy lat temu.

Najkrócej sprawę przedstawiając:

człowiek jest zwierzęciem społecznym, układ hierarchiczny jest w naszym genetycznym wyposażeniu, bo to warunek przetrwania,

więc w plemiennych wspólnotach rządził najsilniejszy, najdzielniejszy i najmądrzejszy gość. Pod jego wodzą grupa czuje się bezpieczna. Lider w zamian żądał szacunku, posłuchu, z czasem pewnie jakiegoś wynagrodzenia. I wszyscy są zadowoleni. To proces naturalny, tak się dzieje w każdej społeczności (nawet dzisiaj w klasie szkolnej – jedni chłopcy lepiej się biją, lepiej grają w piłkę, drudzy mają lepsze stopnie, jeszcze inni po prostu są, czyli tworzy się hierarchia i pojawia się lider).

Wszystko było piękne dopóty, dopóki lider i jego drużyna byli częścią grupy, z niej się wywodzili, byli osobiście znani i taka hierarchia tworzyła się naturalnie (jak w przywołanym przykładzie klasy szkolnej, w drużynie piłkarskiej czy w grupie wspinaczy górskich). W jakimś tam jednak historycznym czasie ci naturalni liderzy (pamiętajmy, to mocni i ambitni goście!) zapragnęli powiększyć swoją władzę, zniewalali sąsiednie ludy, tworzyli ponadplemienne struktury – i bogacili się! W strukturach plemiennych pojęcie prywatnej własności miało znaczenie marginalne. W ponadplemiennych – decydujące. Już nie osobiste zalety, ale majątek dawał władzę; władza nie wyłaniała się już samoistnie (naturalnie) z grupy, ale coraz bardziej stawała się zewnętrzną, a z czasem dziedziczną. I tak doszliśmy do społeczeństwa stanowego, w którym za naturalne uznano, że jedni pracują, drudzy myślą, a trzeci wojują.

Tak wygląda historia cywilizacji w skandalicznym, przepraszam, uproszczeniu. I pan Kazimierz ma rację: od powstania struktur państwowych, a w konsekwencji społeczeństwa stanowego, jest to historia wyzysku jednych przez drugich. Grupa sprawnych wojowników, będąca niegdyś integralną częścią społeczności, oderwała się od tej społeczności i rozpoczęła życie na koszt tejże. Wspomnieniem o naturalnej (bo w pradziejach koniecznej dla przetrwania) potrzebie hierarchii jest tzw. „efekt flagi” – że w chwilach zagrożenia czy niepewności lud skupia się wokół wodza (władzy). Taki, można powiedzieć, atawizm, znany politologom, skutecznie wykorzystywany przez speców od kampanii wyborczych i partyjnych piarowców.  

Wracając do historii, z czasem grupa wojowników aż tak się od reszty społeczeństwa oderwała, że – jak to się stało w Polsce – szlachta nawet swój rodowód wiodła od Sarmatów, a pochodzenie chłopów (i mieszczaństwa w pewnym stopniu) wywiodła od potomków biblijnego Chama. O żadnym jednym narodzie nie było mowy! Tak zresztą działo się wszędzie, gdzie organizowały się państwa – w Europie Azji, Afryce – chociaż w różnych społeczeństwach różne były proporcje „chamów” i szlachty (w Europie tylko w Polsce i w Hiszpanii „dobrze urodzeni” stanowili aż 10 procent, w innych krajach to raczej 2–3 procent). Żeby zaś ci nieliczni mogli eksploatować wszystkich pozostałych i społeczeństwo stanowe stanowiło trwałą strukturę, przez wieki utrwalił się system prawno-religijny uzasadniający ten stan rzeczy: to przeznaczenie, wola boska sprawiają, że rodzisz się i umierasz w chłopskiej chacie albo szlacheckim dworku (a wybrańcy w rodzinie monarszej). Taki jest boski porządek świata, którego to porządku strzegła religia – stan kapłański. Bunt wobec władzy był buntem przeciw Bogu (i kary za bunt były, zapewniam, adekwatne!). 

I do rewolucji francuskiej taki porządek świata w Europie był niewzruszony, bariery stanowe były w zasadzie nieprzekraczalne (chociaż wyjątkowo zdarzały się w karierze kościelnej).

Idee Oświecenia i ostatecznie rewolucja francuska ten porządek świata obaliła.

To obalanie i przyswajanie nowych porządków i idei (na przykład równości wobec prawa, obieralnej władzy czy swobód obywatelskich) zajęło oczywiście sporo czasu, około 100 lat, ale się dokonało. Po pierwsze powstały państwa narodowe i władza już nie pochodziła od Boga, a po drugie – nie lepsze czy gorsze urodzenie decydowało o pozycji społecznej. Decydował majątek. To kapitalna zmiana, rewolucyjna właśnie. O ile dawniej dobrze urodzony mógł stracić majątek, mógł być idiotą albo zbójem, ale nadał pozostawał elitą, to teraz nic z tego: bankrut spadał na dno, bezapelacyjnie.

Ale tu nadal pan Kazimierz ma rację, bo ta wielka rewolucja nie zmieniła  istoty społecznego porządku, a mianowicie, że nieliczni eksploatowali nader licznych i o miejscu w społecznej hierarchii nadal decydowało miejsce urodzenia. Tyle, że nie dziedziczyło się nazwiska (chociaż je też), ale dziedziczyło majątek – banki, fabryki, latyfundia, a choćby sklepy czy warsztaty. Więc o równości szans nie było co marzyć. Natomiast w tzw. nadbudowie, czyli ideologicznym uzasadnieniu tego porządku, „boski ład” i przeznaczenie zastąpił mit o „wykuwaniu swojego losu”. I jak wcześniej porządek feudalny znalazł uzasadnienie w doktrynie religijnej, tak i porządek kapitalistyczny został przez Kościół – i systemy prawne – bezdyskusyjnie zaakceptowany i głoszony z ambon maluczkim. Bogactwo bierze się z pracy i talentu, więc wszelkie bunty przeciw władzy są buntem przeciw Bogu (chociaż socjalistów, nie palono, jak waldensów czy katarów, na stosach).

Po długim wywodzie, w którym nieustannie zgadzałem się z panem Kazimierzem, czas, abym uzasadnił swoją z nim polemikę. Otóż rzeczywiście napisałem, że „równie prawdziwe są argumenty tych, którzy uważają, że bogactwo się uzyskuje talentem i pracowitością i tych, którzy twierdzą, że bogactwo się dziedziczy bez względu na talent i pracowitość”. Jestem bowiem optymistą. Uważam otóż, że żyjemy w czasach przełomu, jakiejś nowej rewolucji francuskiej, kiedy to

stary porządek – teraz kapitalistyczny, władzy dziedziczonego majątku – ustępuje nowemu porządkowi, którego zwiastunem jest idea „państwa opiekuńczego”.

Idea państwa, które nie jest własnością elity „dobrze urodzonych” ani elity „właścicieli środków produkcji” (nie lekceważę myśli Marksa, panie Kazimierzu), ale jest dobrem wspólnym wszystkich jego obywateli –  jest właśnie ideą absolutnie nową, nie do wyobrażenia przez minione tysiące lat rozwoju cywilizacji. Cały kłopot w tym – i tego dotyczy cytowane przez Pana moje zdanie – że nie wiadomo, jak to zrobić, żeby państwo każdemu obywatelowi zagwarantowało środki na godziwe życie (choćby ów „dochód podstawowy”), a jednocześnie nie zniechęciło ambitnych, pracowitych i obdarzonych talentem obywateli do podejmowania wysiłków.

Doprawdy, panie Kazimierzu, w dzisiejszym świecie do wielkich majątków dochodzi się nie tylko wyzyskiem i dziedziczeniem, chociaż to nadal wyjątki. George Soros zaczynał jako biedny emigrant, uciekinier, Bill Gates był zwyczajnym studentem, Mark  Zuckerberg to średnio zamożny wnuk emigrantów, ojciec Jeffa Bezosa miał raptem sklep rowerowy, Elon Musk zaczynał karierę przy czyszczeniu kotłów w tartaku. To oczywiście wyjątkowe przykłady. Rzecz w tym, że takie kariery w starym świecie były niemożliwe. Dzisiaj tysiące Polaków dorobiło się niezłych majątków właśnie pracowitością, szczęściem, talentem (z pomocą, rzecz jasna, bankierów). Więc chociaż nadal najlepszym początkiem kariery finansowej jest dziedziczony majątek i koneksje (również partyjne), to już i własna pracowitość i talent dają takie szanse. Stąd mój optymizm i wiara w nowy świat.

Wiary panu życzę, panie Kazimierzu.  Trzeba wierzyć, że – jeśli nas nie zmiecie wojna – z tej „płynnej nowoczesności”, jak ją nazwał Zygmunt Bauman, zresztą pesymista, z tego chaosu poznawczego, terroru kłamstw rządzących telewizjami i Internetem, władza wróci – jak w początkach ludzkości – do ludzi kompetentnych, tych najlepszych.  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*