Rozrachunki

Wakacje się skończyły i żarty też. Sądy wyciągnęły z sejfów akta różnych spraw i zabrały się do roboty, czyli do orzekania.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Wakacje się skończyły i żarty też. Sądy wyciągnęły z sejfów akta różnych spraw i zabrały się do roboty, czyli do orzekania. I tak przed Sądem Okręgowym I Wydział Cywilny rozpoczął się proces, w którym firma Max Boegl, wykonawca Stadionu Miejskiego, będzie udowadniać, że nie musi Gminie Wrocław zapłacić w sumie 82 mln zł z tytułu odszkodowania i kar umownych. Pełnomocnik firmy, mecenas Dziurzyńska-Leipert, oświadczyła na wstępie, że to na magistracie spoczywa obowiązek przeprowadzenia dowodu, ale na wszelki wypadek powołała ponad 50 świadków.

– Nie chcemy przedłużać procesu, ale solidnie udowodnić swe racje, stąd ta liczba świadków – dodała mecenas firmy Max Boegl. O kilku kilogramach dokumentów, które ma skrzętnie schowane na stosowną chwilę, nie zająknęła się ani słowem.

Odmiennego zdania jest pełnomocnik Gminy Wrocław radca Józef Palinka. – Skoro stadion miał być gotowy w październiku 2011 r., a wykonawca zszedł z budowy dokładnie rok później, to inwestor ma prawo domagać się zapłacenia kar umownych i wykonania zabezpieczeń finansowych. Dlatego udowodnimy, że nie musi płacić wykonawcy, bo budowa tego stadionu zakończyła się formalnie dopiero niedawno, a od października 2012 r. firmy Max Boegl nie było już na tej budowie. 

Proces toczy się w tempie: jedna rozprawa – jeden świadek, więc jak powiedział PAP sędzia Piotr Jarmundowicz, wiele wskazuje na to, że będzie to długi i żmudny proces.

 Przypomnijmy, że budowa stadionu rozpoczęła się w połowie 2010 r., a pierwszym wykonawcą była firma Mostostal Warszawa, której gmina z powodu opóźnień wypowiedziała umowę już w grudniu 2010 r. Firma Max Boegl wkroczyła wówczas na teren budowy, aby ratować sytuację, bo wszystko wskazywało na to, że EURO 2012 odbędzie się w innym mieście. Sytuację uratowała, ale zamiast wdzięczności ma teraz proces. Fachowe niemieckie gazety przytaczają wypowiedzi budowlańców nie tylko z firmy Max Boegl, którzy zarzekają się, że gdzie jak gdzie, ale we Wrocławiu budować nie będą.

Od połowy czerwca w sejfie sądu leży pozew przeciwko miastu, który złożył marszałek Rafał Jurkowlaniec. Domaga się wypłaty 50 milionów złotych i powołuje się na podpisane przez prezydenta Rafała Dutkiewicza porozumienie z 2009 roku. Sąd chciał ruszyć pełną parą do pracy. Nawet wyznaczył terminy trzech kolejnych posiedzeń i powołał świadków. Jednak jego zapał ostudził warszawski radca Józef Palinka, wynajęty przez magistrat. Zaproponował, aby sąd w ogóle nie rozstrzygał pozwu marszałka, bo porozumienie zostało zawarte z pominięciem uchwały rady miasta i nie zawierało umowy o szczegółowym rozliczeniu dotacji.

Warszawski mecenas Sławomir Dudzik reprezentujący marszałka, przypomniał, że na porozumieniu jest podpis nie tylko prezydenta Rafała Dutkiewicza, ale również skarbnika gminy Marcina Urbana, co oznacza, że gmina wzięła współfinansowanie budowy obwodnicy i powinna się z tego wywiązać.

Sąd odrzucił wniosek gminy o oddalenie pozwu, ale jej prawnicy zapowiedzieli, że będą się odwoływać.

– Dziwi mnie zachowanie tych młodych prawników – twierdzi emerytowany wrocławski prokurator. – Jeżeli rację ma radca Józef Palinka, to sam powinien zgłosić do prokuratury, że pieniądze wydawane we Wrocławiu, z budżetu przez prezydenta i skarbnika, naruszają prawo o finansach samorządu. Podobnie po wniosku radcy Palinki powinien postąpić sąd, sygnalizując przestępstwo. A tu błoga cisza i zgoda na to, że poza radą miasta obiecuje się wydanie 50 milionów złotych. 

Natomiast wrocławscy mecenasi nie mogą się nadziwić, dlaczego zwykłych radców prawnych sprowadza się aż z Warszawy, kiedy tu na miejscu jest wielu renomowanych obrońców, którzy gotowi są bronić interesów magistratu jak niepodległości i to za mniejsze honoraria. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*