Bydlęta

Na językach / autor:jk

„Do serca przytul psa, weź na kolana kota. Weź lupę – popatrz, pchła! Daj spokój, pchła to też istota”. Gdy wrocławski kabaret Elita śpiewał tę,  znakomitą zresztą, piosenkę, w najfantastyczniejszych snach nie śniło się nikomu, że po z górą pięćdziesięciu latach, w wolnej już przecież RP, prezes Narodowego Banku Polskiego będzie zachęcał Polaków, by nie przejmowali się polityką, gospodarką ani ekonomią, bo to „sprawy ważne, ale nie najważniejsze”, i by „nakierowywali swoje myśli na dobre elementy”. Czyli – ośmielmy się zapytać – na co? Prezes Glapiński ma odpowiedź: „Jeśli odczuwamy brak miłości, a nie mamy w pobliżu kogoś atrakcyjnego, komu moglibyśmy zaufać, to kupmy sobie psa lub kota. To bardzo uspokaja”.

Wszystkich Czytelników, którzy podejrzewają mnie o złośliwość albo konfabulację, muszę zapewnić – to naprawdę zostało powiedziane, a cytaty nie są zmyślone. Nie mam aż takiej wyobraźni.

Pomijając szczegóły (nie kupujmy – adoptujmy, bo zbyt wiele jest na świecie zwierzęcego nieszczęścia, a schroniska są zawsze przepełnione) jestem nawet skłonna zgodzić się z panem Glapińskim. Z pewnością pieniądze nie są najważniejsze (o ile nie jest się rencistą albo matką wychowującą samotnie niepełnosprawne dziecko). Wiadomo, że ważniejsze jest zdrowie, bliskość, grono wspierających przyjaciół, poczucie bezpieczeństwa – zwłaszcza wtedy, gdy te podstawowe, bytowe zmartwienia zostały zaspokojone. No ale ja mogę pisać podobne frazesy, bo nie jestem strażnikiem narodowego portfela.

Prezes Glapiński takim strażnikiem jest. A ponieważ, jak sądzę, nie musi się martwić, jak przetrwać do pierwszego, snuje dziś mające krzepić serca opowieści o pieskach, które koją, gdy trzyma się je na kolanach. Ktoś, komu do pierwszego nie starcza i nie starcza też, po ostatnich podwyżkach, na karmę dla ulubionego pieska, może mieć jednak na temat pieniędzy i naszej narodowej ekonomii zupełnie inne zdanie.

Ale prezes Glapiński, przyznać trzeba, wstrzelił się – jako posłaniec miłości – idealnie w czas wigilijnych opowieści. Zwłaszcza tych dotyczących zwierząt. Nawet nasi przodkowie, którzy z miłości do zwierząt nie słynęli, bo wszystkie traktowali wyłącznie użytkowo, także koty i psy, w okresie bożonarodzeniowym patrzyli na nie łaskawszym okiem, a wręcz byli skłonni wierzyć, że w Wigilię zyskują jakiś duchowy pierwiastek (stąd to dzielenie się opłatkiem z bydlętami).

Na co dzień bywało różnie, a nawet całkiem źle. Kto czytywał (z ciekawości albo dla zabawy) rozważania księdza Benedykta Chmielowskiego „Nowe Ateny”, zna ten paradoks. Zgodnie z ówczesnym przekonaniem na zwierzęta patrzono jak na ożywione maszyny, pozbawione emocji, czucia i ducha, z drugiej strony jednak przypisywano im najgorsze z ludzkich cech. Nasze najpopularniejsze inwektywy to przecież w głównej mierze inwektywy odzwierzęce: bydlę, małpa, krowa, świnia, osioł. Nawet pies, ten symbol najwierniejszego oddania, nie uniknął niesławy: psia pogoda, dzień pod psem, pieskie pieniądze, pieski los, pieskie życie. To życie musiało być naprawdę okropne, skoro tak mocno odcisnęło się w języku i skoro do dziś używamy tych frazeologizmów.

Świat na szczęście mocno się zmienił, zmienił się też stosunek ludzi do zwierząt. Im więcej o nich wiemy (że czują, że rozumieją, że potrafią się bać, kochać, płakać – nie tylko psy i koty, świnie i krowy także), tym lepiej uczymy się je traktować. Im bardziej postępujemy po ludzku, tym bardziej jesteśmy ludźmi. To budujące. Myśl, że prezes Narodowego Banku Polskiego radzi nam tulić kotka zamiast interesować się publicznymi finansami już taka budująca nie jest.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 137)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*