Stracone złudzenia

Na językach / autor:jk

Dawno, dawno temu, gdy na pierwsze, kilkuminutowe zaledwie projekcje filmowe ściągano do sal zaciekawionych, ale też lekko przestraszonych ludzi, kino nazywano iluzjonem. W ciemności, na celuloidowej taśmie, ożywały martwe dotąd obrazy. Legenda głosi, że podczas premiery pięćdziesięciosekundowego filmu braci Lumière „Wjazd pociągu na stację w La Ciotat” w 1896 roku, widzowie, nieprzyzwyczajeni do takich widoków,  krzyczeli i uciekali w popłochu na drugi koniec sali – iluzja iluzją, ale wrażenie okazało się zbyt silne.

Prawda to czy nie, bezapelacyjnie jest prawdą, że magia kina szybko zatriumfowała: kwestią czasu, i to niedługiego, było wprowadzenie do kin  filmu dźwiękowego, a także koloru. To, co było pierwotnie eksperymentem, niebawem stało się rozrywką dla mas, a ledwie ciut później to, co miało być jedynie rozrywką dla mas, zamieniło się – przy wykorzystaniu odpowiednich środków wyrazu i odrobinie reżyserskiego talentu – w sztukę.

Na tym właśnie polu (sztuki) spotykają się ze sobą powieść Honoriusza Balzaka „Stracone złudzenia” (jedna z części jego monumentalnego cyklu „Komedia ludzka”) oraz najnowsza francuska adaptacja filmowa „Straconych złudzeń”. Nim o tym filmie Państwu opowiem, zatrzymajmy się na chwilę przy kwestiach językowych, bo to też ciekawa historia. Słowo „sztuka” trafiło do nas z języka niemieckiego, tak samo zresztą, jak słowo „kunszt”, i oznaczało szczególne umiejętności, mistrzostwo, ale też: sztuczkę, fortel, kłamstwo, zmyślenie, uciechę. Stąd „sztukmistrz” i „kunsztownik” – choć na określenie iluzjonisty w dawnych wiekach używano raczej słowa „kuglarz” (też zresztą z niemieckiego). To magik, naciągacz, szuler, ktoś, kto specjalizuje się w połykaniu ognia, mieczy i wróżeniu z kart, a ponadto tłumaczy sny i baja o wiadomościach ze świata. Jest więc na poły roznosicielem plotek, na poły nauczycielem, a przy okazji dostarcza rozrywki. Element żartu, uciechy, umowności jest tutaj bardzo silny, ale – uwaga – zapowiada też smutek, co skrzętnie notuje Aleksander Brückner, analizując w swoim etymologicznym słowniku słowo  „łudzić”: kłamać, zwodzić, ale też zasmucać i upokarzać (o ile sięgniemy do litewskich i pruskich źródłosłowów, jak sugeruje autor).

Tym samym jesteśmy już w domu. Bo opowieść o utracie złudzeń, to opowieść o goryczy i upokorzeniu. Nie zdradzam tu wielkiej tajemnicy, bo nawet ktoś, kto Balzaka nie czytał (tłumaczył go Boy-Żeleński, swoją drogą, genialnie), wie, że fraza „stracone złudzenia” nie może zapowiadać szczęśliwego końca. Tych, którym historia poety Luciena, trafiającego z prowincji na ubłocone paryskie ulice okresu Restauracji, może się wydać nieinteresującą ramotą, uspokajam – reżyser Xavier Giannoli zrobił film wybitnie inteligentny, a przy tym zabawny i na wskroś współczesny. Ba, wręcz przerażająco aktualny.

Oto niespełniony twórca, idealista i dzieciak z prowincji, rusza na podbój Paryża, ale ciąg niefortunnych zdarzeń sprawia, że zamiast robić karierę poety rozpoczyna pracę w jednej z paryskich gazet i trafia w tryby polityczno-koteryjnej maszynerii. Wszystko, z czymkolwiek się zderzy, jest grą iluzji. Każdy tekst można zamówić, każdy opłacić, każdy napisać od nowa, z taką samą płomienną werwą – byle znalazł się sponsor. „Jestem liberałem, bo liberałem jest mój wydawca”, mówi jeden z dziennikarzy. „Fałszywa wiadomość plus sprostowanie to już dwie wiadomości. A to dwa razy więcej pieniędzy”, mówi drugi. Ale opowieść Balzaka, a tym bardziej Gianollego, nie jest przecież satyrą na dziennikarstwo – to raczej satyra na świat, w którym wszystko da się sprzedać i kupić.

Każdy realizuje tu swoje interesy. Światopogląd przechodzi tu z rąk do rąk, jak karty w pokerze, w zależności od układu. Wysoko urodzeni strzegą swej bańki, oczywiście, i Lucien, aspirując do tego świata, ulega kolejnym złudzeniom. Ale ta bańka rychło pęknie, choć rojaliści jeszcze o tym nie wiedzą. Zniknie Lucien i znikną oni sami. „Nadejdzie czas, gdy bankier zostanie szefem rządu”. Prawda, jakie prorocze proroctwo? A resztę wniosków pozostawiam Państwu –  po projekcji. Warto.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 136)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*