Cyceron wcale nie miał racji. Historia to żadna nauczycielka życia. Historia wciąż drepcze po kole, jak stary, smutny koń w kieracie. I, jak po kole, wracają do nas echem najgorsze z demonów.
Gdzieś na Grabiszyńskiej pobito mężczyznę, gdzieś na Wyspie Słodowej – nastolatka, bo rozmawiał z mamą nie w takim języku. I dzieje się to coraz częściej, nie tylko we Wrocławiu. Kilka dni temu internet obiegło wstrząsające nagranie z Bielska-Białej, na którym mężczyzna w autobusie (nie widać go, ale słychać aż nadto) wyzywa i obrzuca inwektywami drobniutką dziewczynkę: ty taka i owaka, „wyrośliście na naszych pieniądzach”, „wyp… z tego kraju”. „Po co pan do mnie tak mówi, po co pan na mnie krzyczy, czy może pan mnie nie dotykać?”, broni się dziecko, zadziwiająco spokojne w tych okolicznościach.
To wideo jest przerażające, przykro je oglądać, tym bardziej, że nikt nie reaguje. Jakby cały autobus nagle ogłuchł i oślepł! Agresora szybko zidentyfikowano – to kierowca z miejskiej spółki komunikacyjnej, który od dłuższego czasu przebywa na zwolnieniu lekarskim. Czy jest to zwolnienie od psychiatry, nie wiem. Spółka jednak już zapowiedziała, że straci pracę, bo „nie ma w niej miejsca na ksenofobię”.
To wszystko przypomina kalkę z lat trzydziestych. Eskalacja nastrojów, postępująca histeria. Co dalej? Pogromy? Pałki, siekiery, bruk uliczny, widły?
Tak działa populizm i brak edukacji. Ten lont podpalają politycy, chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. O tych mechanizmach pisze poniżej bardzo elokwentnie mój redakcyjny kolega.
O banalności zła pisała z kolei Hannah Arendt. Choć jej refleksje narodziły się podczas obserwacji procesu Adolfa Eichmanna w latach sześćdziesiątych, są ponadczasowe: infantylizm, płytkość, powierzchowność myślenia to żadne diaboliczne cechy, ale wystarczające do tego, by robić diaboliczne rzeczy. „Zło urąga myśli”, przekonuje Arendt. Może być skrajne, ale nie ma korzeni, nie sięga w głąb. „Na tym polega banalność zła. Jedynie dobro posiada głębię”. Skrajnie bezmyślny człowiek może zatem robić skrajnie złe rzeczy – bo im mniej ma w głowie, tym bardziej jest podatny na propagandę i cudze podszepty. Mówiąc jeszcze inaczej: pozwalamy złu rosnąć, gdy nie napotyka na opór myślenia.
Arendt dostało się za to od wielu badaczy: zżymali się na słowo banalność, twierdząc, że nie opisuje rzeczywistości albo stanowi coś w rodzaju usprawiedliwienia. Do złych czynów miała według nich prowadzić nie tyle bezmyślność, co zapiekła ideologia i wyćwiczenie przez dryl. Albo awaria hamulców moralnych. Najrzadziej – psychopatia.
Można czytać uczone księgi, ale i tak trudno objąć rozumem rzeczy, które działy się i dzieją. Nie mówię tu nawet o tych najstraszniejszych: o ludobójstwie na Wołyniu, w Rwandzie, na Bałkanach, gdzie sąsiad masakrował sąsiada. Mówię o pełzającej, cichej pogardzie, która zaćmiewa umysł i w końcu wylewa się na ulice, na Bogu ducha winnych ludzi. Na dziewczynkę jadącą w autobusie, na chłopca w parku, choć żadne z nich nie ma nic wspólnego ani z Banderą, ani Zełenskim, ani z wielką polityką toczącą się ponad ich głowami.
Strzeżmy się tej pogardy i strzeżmy się obojętności. Wszak „nieszczęścia nie biorą się stąd, że źli ludzi robią złe rzeczy, tylko stąd, że zwykli ludzie tolerują zło”.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis