W krainie wygasłych zakładów

Była kiedyś piosenka: „jest w kraju taki zakład, że przy pracy pięknie trwasz. A więc bracia się weselmy, bo to Hutmen, Hutmen nasz”. Teraz sympatycy fabryki i architektury poprzemysłowej ucieszyli się z wpisania hali zębatej do rejestru zabytków, niemniej przyszłość całego terenu pozostaje niewyjaśniona.

Hutmen to dziś kraina rozbitych samochodów i mechaników, starych autobusów i lakierników, przedziwnych rur i złomu, porozrzucanych urządzeń o trudnym do odgadnięcia przeznaczeniu. To również kraina elektronicznej muzyki, barów i wozów z jedzeniem. Gości przekraczających jej furtkę wita Mona Lisa niedorzecznie animowana z puszką gazowanego napoju.

Kiedyś, w czasach świetności, produkowane w Hutmenie towary zasilały nie tylko przemysł i wojsko w Polsce, lecz były eksportowane do Czech, Związku Radzieckiego, Niemiec czy Stanów Zjednoczonych. Zagraniczni kupcy brali wkładki do zamków, profile metalowe wszelkiego rodzaju, pręty, chłodnicze rury miedziane do lodówek i inne towary. 

W złotej erze, przypadającej na przełom lat 60. i 70., zakład zatrudniał 3,5 tysiąca pracowników. Jednym z nich był Ireneusz Prawdziuk. Do Wrocławia przyjechał z Podlasia, choć wcale tego nie planował, tym bardziej przeprowadzki na stałe. Wręcz przeciwnie, chciał mieszkać nad morzem. — Po skończeniu zawodówki w Augustowie dokumenty wysłałem do stoczni w Gdańsku — opowiada. — Rodzina namawiała mnie jednak na Wrocław i mówiła, że w Pafawagu potrzebują. Wtedy otrzymałem telegram o pogrzebie, więc pojechałem tam z nimi. 

Był rok 1967. Zatrzymał się u kogoś na noc czy na kilka, zaraz usłyszał, że Hutmen potrzebuje od zaraz. Nazajutrz wszedł do fabryki jako 17-letni stażysta. Pierwszego dnia był zszokowany i przerażony. W hali, w której przetapiali złom, przez dużą ilość dymu nie widział drugiego jej końca. W ustach poczuł słodki smak tlenku miedzi, drażniącego nos i gardło. 

Od ślusarza do dyrektora

Plastyczna obróbka metalu wiązała się z intensywnym wysiłkiem fizycznym. Było ostro, ale w innych budynkach warunki pracy były jeszcze trudniejsze. – Bardzo ciężko to mieli na wydziale metalurgicznym przy odlewaniu metalu, bo tam piece pracowały pełną parą i panowała niesamowita temperatura. Latem w takich halach bywało po sześćdziesiąt stopni Celsjusza – wspomina.

W halach ciepłych niczym lekka sauna hutnicy pracowali w grubych wełnianych strojach. Takie ubrania skutecznie chroniły ich przed kroplami rozgrzanego, płynnego metalu. Z czasem dostali bardziej nowoczesne, żaroodporne kombinezony. Były wprawdzie lepszą osłoną ciała od wełnianych, lecz mniej przepuszczały powietrze, więc pocili się jeszcze bardziej.

– Wysoką temperaturę odczuwaliśmy nawet zimą. Warunki pracy stały się bardziej znośne po przebudowie zakładu, kiedy zamontowali filtry i częściowo zautomatyzowali produkcję – opowiada pan Ireneusz, który w Hutmenie spędził ponad pół wieku, aż do końca, czyli do 2021 roku, w którym zlikwidowali zakład. 

Przez te lata przeszedł przez kilka działów produkcyjnych i biurowych, pracując na przeróżnych stanowiskach. Zaczynał jako ślusarz, później był kreślarzem konstruktora urządzeń, inspektorem robót montażowych, mistrzem przeróbki plastycznej, zastępcą kierownika przeróbek prętowych. Kończył jako dyrektor jednego z oddziałów w firmie działającej w strukturach zakładu.

Zębaty zabytek Hutmenu

Pamięta, że zmiany zaczynali o 5.45 i pracowali przez 8 godzin. – Pozostałe fabryki przy Grabiszyńskiej, takie jak Elwro, FAT lub Fadroma, startowały o innych godzinach, w odstępach kwadransa, tak żeby pracownicy nie przepełniali rano tramwajów – tłumaczy.

Jadąc, spoglądali na budowę największego obiektu na terenie rozbudowywanych wtedy zakładów. Przecierali oczy ze zdumienia. „Popatrz, co tu powstaje, takiego zębatego”, mieli mówić. — Hala W4 robiła bardzo duże wrażenie, zwłaszcza wielkością i kształtem. Była potężna, niewyobrażalna. Gdy patrzyłem na ludzi stojących na jej drugim końcu, byli jak mrówki — porównuje Ireneusz.

I sokół musiałby wzrok wytężać w budynku długim na 325 metrów (to więcej niż trzy boiska piłkarskie), który był największą halą produkcyjną nie tylko w Hutmenie, ale i w całym Wrocławiu.

Od lipca tego roku, na skutek długich starań wojewódzkiego konserwatora zabytków, hala ciągarni, tłoczni i wykańczalni, zbudowana według projektu Jerzego Surmy, jest w rejestrze zabytków. „Jej aspekt symboliczny w połączeniu z zagadnieniami technologicznymi i konstrukcyjnymi, a także polityczny kontekst powstania, lokują ją w gronie dzieł unikatowych i nierozerwalnie związanych z wrocławską powojenną tożsamością” — napisał w uzasadnieniu Daniel Gibski. 

Humanizacja dyrektora Sałagi

Hala, wpisująca się w nurt estetyki brutalizmu, jest drugim, obok wieży ciśnień z 1974 roku, zabytkiem Hutmenu. Była częścią największej rozbudowy w powojennej historii zakładu. Fabryka powiększyła się wtedy o kilkanaście obiektów, co dało możliwość znacznego zwiększenia produkcji. Przyczyną podjęcia tej inwestycji przez ówczesnego dyrektora – Andrzeja Sałagę – było odkrycie ogromnych złóż miedzi pod Lubinem. 

— Andrzej Sałaga był niepowtarzalny — ocenia Ireneusz Prawdziuk. — Dzięki niemu zakład stanął na nogi i rozwinął się. Dyrektor wprowadzał do niego urozmaicenia i udogodnienia, więc pracownicy dobrze się tam czuli. Potrafił przyjeżdżać nawet w nocy, przechodził przez różne wydziały, podawał rękę. Porozmawiał, nieważne, czy ze zwykłym robotnikiem, czy z kierownikiem, inżynierem czy dyrektorem. Wszystkich traktował na równi. 

Swoimi nietuzinkowymi pomysłami, realizowanymi w myśl idei humanizacji pracy, dyrektor Sałaga uczynił zakład jedynym w swoim rodzaju. W środku były akwaria z rybami, na jednym z szyldów widniał napis „twoje miejsce pracy świadczy o twojej kulturze”. Na zewnątrz były kucyki i…. lama. 

— Ona wytrzymała krótko, bo zdarzało jej się opluć kogoś i nie dogadywała się z konikami. Obecność zwierząt była dla nas odprężająca, nerwowe sprawy potrafiły zamieniać w dobre myśli — mówi Ireneusz. Napięcie rozładowywały także nazwy uliczek biegnących przez teren fabryki: Aleja Uśmiechu, Realizowanych Marzeń, Przemian, Plac Śmiałych Inicjatyw, Aleja Kucyków.

Pracownicy chodzili na koncerty, mieli przyzakładowe przedszkole, przychodnię z rehabilitacją, amatorski teatr, Klub Hutnika. — Także koło miłośników opery. Składka była groszowa, a my co miesiąc dostawaliśmy bilet do operetki, kina czy do opery — wspomina Ireneusz. — W najlepszych czasach zarobki były bardzo dobre. W moim dziale dostawialiśmy co kwartał eksportówki, które przekraczały miesięczną pensję. Ponadto mieliśmy inne dodatki i premie uznaniowe. W ostatnich latach zrobiło się nie za ciekawie z pieniędzmi. Teraz na emeryturę nie narzekam, głównie dlatego, że pracowałem także jako dyrektor. 

W trakcie pamiętnej rozbudowy zakładu przed zębatą halą zamontowano kilka rzeźb i instalacji plenerowych, stojących tam do dziś: fontannę z mobilną kobiecą postacią o imieniu Jagusia autorstwa Tadeusza Tellera, Kolumnę Jerzego Krawczuka, Skrzydła rzeźbiarza Władysława Trojana i Rury nieznanego autora. W głębi odszukać można pomnik dwóch hutników, a na betonowym murze widnieje płaskorzeźba Andrzeja Łętowskiego, przedstawiająca rozwój pracy hutnika na przestrzeni lat. — Przypuszczamy, że część z tych prac przyjechała z Warszawy, natomiast w produkcji Jagusi uczestniczyli pracownicy zakładu. Ona powstała z miedzi lubińskiej, czyli z materiału bardzo bliskiemu Hutmenowi. Dyrektor Sałaga zamawiał rzeźby, aby pracownikom pracowało się lepiej i żeby budować kulturę wokół swojej fabryki— mówi Iwona Kałuża, kuratorka wystawy „Niedziela w Hutmenie”, którą można oglądać w Muzeum Architektury we Wrocławiu do 30 sierpnia.

Zabawy, wczasy i przyszłość

„Niedziela w Hutmenie” to nazwa przeniesiona z cyklicznych spotkań, które w 1974 roku wymyślił dyrektor Sałaga, aby każdy mógł przyjść i zobaczyć, jak działa fabryka. Oprócz prezentacji maszyn i opowieści o produkcji festynom towarzyszyła oprawa artystyczna i rozrywkowa: gry, zabawy i konkursy dla dzieci, występy zakładowego teatru, koncerty i inne atrakcje dla dorosłych.

— Niesamowite zainteresowanie. Pamiętam, że dzieci uwielbiały jeździć na kucykach lub pociągiem złożonym z wózków akumulatorowych. Dorośli nie mogli się nadziwić, że z dużego wałka metalu nagle wychodzi rura — wspomina pan Ireneusz, który na innej zabawie, Dniach Hutnika, poznał przyszłą żonę. — Pojawiła się na niej z parą znajomych, ja przyszedłem z kolegami z pracy. Wcześniej pracowała w sklepie. Pobraliśmy się, Hutmen potrzebował ludzi, więc zatrudniła się u nas w magazynie złomu. Potem urodziły się nasze dzieci.

Hutmen połączył także rodziców Artura Antmana. Mama Izabela była na tyle dobrą uczennicą w Koninie, że postanowiła poszukać pracy w większym mieście. W Hutmenie wybrała laboratorium chemiczne. Od razu po zatrudnieniu poszła do szkoły, bo tego wymagało jej stanowisko. — Miała duże ambicje — opowiada pan Artur. — Z laboratorium trafiła na stanowisko głównego dyspozytora zakładu. Chciała skończyć studia, ale pewnego roku, gdy szła do zakładu, poważnie potrącił ją samochód na pasach. W 1963 roku moi rodzice zamieszkali w garsonierze na Inżynierskiej należącej do spółdzielni Metalowiec, której mój tata był współzałożycielem. Później przenieśli się do bloku obok, do dwupokojowego mieszkania z widokiem na Hutmen. 

Tata Aleksander był z kolei inżynierem po studiach i w Hutmenie pracował w biurze. Nie był jednak zadowolony z zarobków i z możliwości rozwoju, więc dość szybko przeniósł się do Cuprum, gdzie spędził ładnych kilkadziesiąt lat w dziale projektorym.

Stałym elementem życia społeczności Hutmenu były coroczne wyjazdy na wakacje do zakładowych ośrodków nad morzem. — Podjeżdżał Jelcz i jechaliśmy do Dąbek. Nawet nazwisko kierowcy pamiętam, bo wszyscy zawsze chcieli, żeby kierował Budych — przekazuje Artur. — Moja mama jeździła tam nawet na emeryturze, a ja z babcią wyjeżdżaliśmy także do domu wypoczynkowego Hutniczanka w Szklarskiej Porębie — dodaje.

W czasach późniejszych Artur chodził do Hutmenu na praktyki jako student Uniwersytetu Wrocławskiego: — Do dziś pamiętam urządzenia z grubych rur i produkcję prętów w hali zębatej. Wcześniej z okna obserwowałem, jak ją budują. To był znak wielkiego postępu. 

Przyszłość tej zabytkowej hali, z charakterystycznym dachem przypominającym zęby piły, jest niejasna, podobnie jak nieokreślone są losy innych budowli. Nieruchomości po Zakładach Hutniczo-Przetwórczych Metali Niezależnych Hutmen są własnością dewelopera z Warszawy, który nie ujawnia swoich planów inwestycyjnych. Ziemię i budynki kupił kilka lat temu za 95 milionów złotych.

Plany i projekty przebudowy i rozbudowy terenu na pewno będzie musiał konsultować z biurem konserwatora zabytków i wdrażać je uwzględniając zapisy w Miejscowym Planie Zagospodarowania Przestrzennego, którego wciąż brakuje. Gdy ten dokument powstanie w Urzędzie Miejskim, zostaną  sprecyzowane funkcje możliwe do wprowadzenia w rejonie dawnego Hutmenu. 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*