Że słowa są źródłem nieporozumień, wiadomo od zawsze, nie tylko od czasów Saint-Exupery’ego, który myśl tę ubrał w szatkę zgrabnego aforyzmu. Bez precyzyjnego zdefiniowania pojęć nie ma dyskusji lub jest ona jałowa, co przeczuwali i Sokrates, i Arystoteles, i stoicy też. Gdybyśmy z równą im pieczołowitością i rozwagą używali słów, być może nie byłoby całego tego skandalu z Ewą Woydyłło. Skandal to zresztą sformułowanie na wyrost – w mgławicowym cyfrowym świecie nawet skandale trwają ledwie chwilę, zastępowane przez kolejne i kolejne, bo świat cyfrowy karmi się skandalem.
Ale do rzeczy. Ewa Woydyłło, terapeutka uzależnień, psycholożka, autorka wielu książek z tej dziedziny, niekwestionowany do tej pory autorytet, dała się podpuścić Lechowi Sidorowi, tenisiście i komentatorowi sportowemu, i w jego podkaście „Trzeci serwis” pozwoliła sobie na opinię dotyczącą aktualnej kondycji Igi Świątek: „Jest prawdopodobnie głupiutka, wystraszona i sama nie rozumie, co się dzieje”. O ile – przy odrobinie nawet nie dobrej woli, ale naiwności – można by uwierzyć, że niefortunnie dobrane słowa były wyrazem troski, a nie lekceważenia, jak tłumaczyła potem psycholożka, o tyle dalsze, dotyczące Sabalenki – „ruska baba”, „pupilka Łukaszenki” i „nie lubię mężczyzn grających w damskiego tenisa z kobietami, a ona jest po prostu facetem” – są już nie do obrony.
Czuję wstyd nawet teraz, cytując te wypowiedzi, i nie chcę sobie wyobrażać, jak czuje się dziś ich autorka. (Choć co nieco o tym wiadomo, gdyż wystosowała oficjalne przeprosiny: „Chciałabym to naprawić, ale nie wiem, co mogę zrobić. Czuję się dokładnie tak samo, jak wypowiedziałam się o Idze: jestem głupiutka i wystraszona”).
Tak to na naszych oczach umiera autorytet. Na fali oburzenia jedni postanowili wyrzucić z biblioteczki wszystkie książki doktor Ewy, uznając je za bezwartościowe, inni ironizowali, że sztuczna inteligencja będzie lepszym terapeutą niż ona, bo nie ocenia. Jedna bezrefleksyjna wypowiedź przekreśliła tym samym dziesiątki lat pracy.
Czy autorytety są ze spiżu? Nie są. Czy łatwiej było być autorytetem przed czasami cyfrowego kolonializmu, gdy głupawe wybryki udawało się jeszcze ukryć przed światem? Łatwiej. Czy wywiad potoczyłby się inaczej, gdyby komentator, mieniący się dziennikarzem, ale chyba nie dorosły do tej roli, dopytał „Pani Ewo, co konkretnie pani przez to rozumie?”, by rozjaśnić intencje, a może i myśli indagowanej? Pewnie tak.
Na rzeczowej rozmowie jednak mało komu, powiedzmy sobie szczerze, dziś zależy. Bo rzeczowość jest nudna, a sensacyjki – wręcz przeciwnie. W te sidła wpadła też Ewa Woydyłło. Zresztą, niejedyne. Nieszczęściem naszych czasów jest przekonanie, że każdy o wszystkim – teraz, już, na gorąco – musi się wypowiedzieć. „Nie mam zdania”, „nie czuję się kompetentny”, „mam za mało danych, żeby się do tego odnieść” – to zwroty, które nie mają już racji bytu. Każdy czuje się kompetentny i każdy ma coś do powiedzenia na każdy temat, co zresztą bardzo skwapliwie wykorzystuje w sieci. Bzdury wygadywane przez anonimowych internautów są na ogół bagatelizowane bądź obśmiewane, osobom znanym bzdur się jednak nie wybacza.Pewnie dlatego, że – wbrew temu, co można by sądzić – istnieje w nas ciągle wielki głód autorytetów, a w tym chaosie cyfrowym może nawet większy niż kiedykolwiek. Ale co zrobić z autorytetami, które same popełniają błędy? Może najbardziej pożądany byłby taki, który po sokratejsku, z pokorą i przekorą, odpowiedziałby: „wiem, że nic nie wiem”. Tylko kogo dziś na to stać?
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis