Miałem 10, może 11 lat i mama wysłała mnie do drogerii (za komuny odpowiednik Rossmana), żebym kupił chyba szampon, może mydło, tego już nie pamiętam. Były to wczesne lata sześćdziesiąte, dzieci wychowywano inaczej, a poza tym drogeria była blisko, naprzeciw MDK, sto merów od domu.
Więc szedłem raźno trzymając w garści dziesięć złotych, może dwadzieścia, tego też nie pamiętam, i podszedł do mnie młodzieniec, pewnie szesnasto- czy siedemnastolatek i zapytał, gdzie idę z tą kasą. Powiedziałem. Na to on, że dobrze się składa, bo w tej drogerii pracuje jego ciotka i może mi ten szampon czy mydło sprzedać taniej i żebym dał mu kasę, on kupi, a zyskiem się podzielimy. Jasne, ucieszyłem się, bierz kasę, a ja tu czekam. I czekałem, czekałem…
Ponad sześćdziesiąt lat minęło, a ja tę przygodę mam wrytą w pamięci i niezmierne poczucie wstydu, jakie temu towarzyszyło. Chociaż rodzice byli wyrozumiali i spłakanemu mnie wyjaśnili, że to będzie nauczka na całe życie. I mieli rację. A teraz mi się ta przygoda przypomniała, kiedy prezes Obajtek wyjaśniał swoim wyznawcom, że biznesmena, na przykład prezesa państwowej spółki, powinno oceniać się na podstawie celów jego działania i intencji podejmowanych decyzji, a nie ewentualnych fatalnych skutków tego działania czy decyzji. Bo ryzyko, mówił były prezes Orlenu, wpisane jest w biznesowe decyzje.
No właśnie, moja decyzja wręczenia dziesięciu czy dwudziestu złotych nieznajomemu młodzieńcowi była jak najbardziej biznesowa: miałem zarobić na lody u Kruty (najsłynniejsza wówczas prywatna lodziarnia, obok kina Śląsk, kulka kosztowała złotówkę). Czyli, według prezesa Obajtka, europosła zresztą, wybitnego menedżera i ulubieńca prezesa Kaczyńskiego, nie powinienem nosić w pamięci tego koszmaru dzieciństwa i wstydu, ale być dumnym z przejawu dziecięcej przedsiębiorczości.
Rozumiem przeto, że prezes Obajtek jest dumny z decyzji powołania w Szwajcarii spółki do handlu ropą, na której Orlen stracił 400 milionów dolarów. Bo, tak jak przy mnie kiedyś na ulicy Kołłątaja, pojawił się w okolicach Zarządu Orlenu libański biznesmen Samer A. i powiedział, że załatwi ropę taniej niż wyspecjalizowane służby Orlenu. Być może powiedział, że ma wuja w Dubaju, który ma kuzyna w Caracas i ten sprzeda im wenezuelską ropę za pół ceny, tylko trzeba od razu dać kasę. Orlen kasę dał i na tankowce czekał, czekał…
Ja oczywiście przyjmuję wyjaśnienia prezesa Obajtka, że o tej sprawie nic nie wiedział – o powołaniu w Szwajcarii spółki, postawieniu na jej czele nieznanego nikomu z branży paliwowej młodzieńca i przekazaniu innemu przypadkowemu młodzieńcowi półtora miliarda zaliczki. Mógł nie wiedzieć, w końcu firma duża, ludzi mnóstwo, trudno kontrolować, kto i z kim zawiera spółki i komu daje zaliczki.
Mogło tak być, nie takie rzeczy działy się w spółkach skarbu państwa. Ktoś – bo przecież nie prezes KGHM – u kogoś zamówił i sprowadził z Chin 7 milionów maseczek w czasie covidu. Były do niczego i wszystkie wylądowały na śmietniku. Inny rządowy specjalista od biznesu spotkał się z instruktorem narciarskim na stoku i ten mu pewnie powiedział, że ma kumpla i sprzeda rządowi maseczki za 2 miliony – i sprzedał, też na śmieci. Z kolei jakiś handlarz bronią, też ze znajomościami na świecie, dostał ze 200 milionów – na wagon respiratorów. Czemu nie, biznes wymaga odważnych decyzji. Pewnie dlatego ówczesny rząd przyjął, a prezydent podpisał ustawę, że za żadne decyzje podejmowane w wyjątkowych covidowych czasach nie odpowiada się przed sądem.
Ja się, nieświadom praw biznesu, spłakałem, wstydziłem, a rodzinny sąd mnie rozgrzeszył za chciwość (lody!) i głupotę. A wstydzić się nie ma czego.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis