Francuski film „Kopnięci w czasie” obejrzałem zachęcony opisem scenariusza: że oto małżonkowie porażeni prądem przenoszą się w czasie z roku 1958 do 2025. Takie pomysły niosą w sobie wielki potencjał komediowy, żeby wspomnieć choćby serię amerykańskich „Powrotów do przyszłości” i naszą „Seksmisję”.
Widzimy rodzinę lat pięćdziesiątych: on wstaje z łóżka, ona, w trwałej fryzurze, elegancko ubrana, już czeka ze śniadaniem, biegiem i posłusznie usługuje jemu i dzieciom, on wychodzi do pracy, ona wybiega za nim i poprawia mu krawat mówiąc „bo co sobie o mnie pomyślą, jak cię takim zobaczą”, po czym bierze się za zmywanie, sprzątanie i pranie w balii przy użyciu tarki.
Dalej jest tak, że ona wygrywa na loterii pralkę z wyżymaczką, w tajemnicy przed mężem instaluje ją w piwnicy, on wraca z pracy i mówi „po co ci to, sprzedamy”, ona protestuje, szamocą się przy tej pralce i porażeni prądem przenoszą się w dzisiejsze czasy. Wychodzą z tej piwnicy i znajdują się w swoim domu blisko 70 lat później. I robi się śmiesznie.
Małżonkowie znajdują się w mieszkaniu, w którym ekspres do kawy, telewizor, radio uruchamiane są głosem, po dywanie wałęsa się automatyczny odkurzacz, przez okno widać młodzież jeżdżącą na elektrycznych hulajnogach i mnóstwo takich różnych strasznych, niepojętych dla małżonków rzeczy się dzieje, oni wariują, a widzowie turlają się ze śmiechu.
Ale to tylko wstęp do dalszych zabawnych perypetii. Oczywiście ani ich sąsiedzi, ani ich dzieci nie wiedzą, że oni mentalnie są w 1958 roku i te dziwne reakcje małżonków, bardzo wszystkich zaskakują i niepokoją. Kiedy na przykład okazuje się, że teraz to ona pracuje w banku, a on zajmuje się domem, skarży się i słyszy: „A kto utrzymuje dom, kto ci daje na papierosy?”. Albo kiedy nastoletnia córka, która w 1958 zaszła w ciążę z synem sąsiada i zmuszono oboje do ślubu („jakże to, panna z dzieckiem”), w 2025 roku mówi, że wszystko ze ślubem załatwione, rodzice się cieszą, ale okazuje się, że córka bierze ślub dziewczyną, więc rodzice padają omdleni, a widzowie ze śmiechu.
Film trwa blisko dwie godziny i takich rozśmieszających widzów sytuacji jest mnóstwo. Ja dałem tylko przykłady, żeby było wiadomo, dlaczego dwójka jego bohaterów koniecznie chce wrócić do swoich czasów. Co im się w końcu udaje. Powracają do 1958 roku i są szczęśliwi, nie ma automatycznej pralki, mikserów, odkurzaczy, elektrycznych kuchni, elektrycznych hulajnóg za oknem, telefonów komórkowych i jest normalny syn bez słuchawek na uszach i kolczyka w nosie. Tylko córki nie ma w sypialni, uciekła z domu, ale ją znajdują i mówią, że nie musi wychodzić za mąż, niech sobie będzie panną z dzieckiem, albo – jak należy się domyślać – załatwi problem inaczej. I tak kończy się film.
Kończy się optymistycznie, bo to jeden ze 159 filmów, zapewne dotowanych przez francuski rząd, które mają kształtować nowoczesne społeczeństwo, oswajać z gejostwem, walczyć z przesądami, rasizmem itd.
Polski rząd takich filmów nie finansuje. A przecież polski reżyser mógłby zrobić film równie śmieszny, tylko odwrotnie: współczesne polskie małżeństwo, gdzieś z Podkarpacia najlepiej albo Mazowsza, cofnęłoby się w czasie do wsi spokojnej, wsi wesołej z lat sześćdziesiątych: bez wiatraków, paneli słonecznych, krówki by były w obejściach, świnki, kur stadka i kaczek i Klub Ruchu z telewizorem. I odnaleźliby szczęście na wsi, gdzie zapachy swojskie, dymy z kominów, a sąsiedzi z przerażeniem słuchaliby o telefonach komórkowych, od których ludzie dostawali raka mózgu, o słanych przez Niemców wiatrakach, od których kury przestawały się nieść, a baby by się żegnały słuchając, że w tej przyszłości chłop z chłopem i baba z babą ślub chcieli brać i jaką walkę trzeba było toczyć, żeby do takich bezeceństw w naszej Polsce jednak nie doszło.
To lepszy scenariusz od tego francuskiego „Kopnięcia w czasie” i od „Konopielki” Edwarda Redlińskiego też.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis